Budzę się. To coś jak szarpnięcie, zderzenie dwóch aut na autostradzie.
Przerażenie zapiera mi dech w piersi tak głęboko, że brak mi tchu. To popłoch, panika, wrzask.
Moje serce szaleńczo wali, oto samolot ANNA pikuje w dół i już za moment uderzy w ziemię.
Leżę bez ruchu, bez wyboru, zupełnie jakbym była prawdziwym pasażerem tego feralnego lotu - jak
uwięziona pasami we wnętrzu blaszanego potwora skazanego na potępienie w ognistym płomieniu.
Pierwotny lęk rozszerza moje źrenice i wyciska ze mnie pot, i wydaje mojemu ciału komendę: uciekaj!
Nie mogę nawet drgnąć.
Jest dzień.
Budzę się, już na dobre.
Ile mam lat? Skąd jestem lub co ważniejsze, dokąd idę?
Ze łzami w oczach przełamuję na pół tabletkę antydepresyjną.
Podobno pomaga, choć wewnątrz czuję jak choroba zajmuje kolejne organy: wątrobę, nerkę, zapach,
kolor, smak. Kształty spłaszczają się tworząc krajobraz wygładzony tak bardzo, że nierealistyczny.
Terapeuta mówi mi: trzymaj się jasnej strony życia. Więc chwytam się, gorączkowo tej brzytwy.
Na rękach mam ślady po tej wieloletniej walce, głębokie, bolesne, ropiejące.
Unoszę się na wodzie. Pozycja: topielec. Stan rozkładu: daleko posunięty.
Przełykam łzy, popijam swoje codzienne leki.
Komentarze
Prześlij komentarz