Otwieram oczy. 
Jest noc, a ja od lat budzę się jak w zegarku - co godzinę.
 

Budzę się. To coś jak szarpnięcie, zderzenie dwóch aut na autostradzie.

Przerażenie zapiera mi dech w piersi tak głęboko, że brak mi tchu. To popłoch, panika, wrzask.

Moje serce szaleńczo wali, oto samolot ANNA pikuje w dół i już za moment uderzy w ziemię. 

Leżę bez ruchu, bez wyboru, zupełnie jakbym była prawdziwym pasażerem tego feralnego lotu - jak 

uwięziona pasami we wnętrzu blaszanego potwora skazanego na potępienie w ognistym płomieniu.

Pierwotny lęk rozszerza moje źrenice i wyciska ze mnie pot, i wydaje mojemu ciału komendę: uciekaj!

Nie mogę nawet drgnąć. 


**

Jest dzień.

Budzę się, już na dobre. 

Ile mam lat? Skąd jestem lub co ważniejsze, dokąd idę?

 
***

Ze łzami w oczach przełamuję na pół tabletkę antydepresyjną. 

Podobno pomaga, choć wewnątrz czuję jak choroba zajmuje kolejne organy: wątrobę, nerkę, zapach, 

kolor, smak. Kształty spłaszczają się tworząc krajobraz wygładzony tak bardzo, że nierealistyczny.
Terapeuta mówi mi: trzymaj się jasnej strony życia. Więc chwytam się, gorączkowo tej brzytwy.

 Na rękach mam ślady po tej wieloletniej walce, głębokie, bolesne, ropiejące.

 

Unoszę się na wodzie. Pozycja: topielec. Stan rozkładu: daleko posunięty.


Przełykam łzy, popijam swoje codzienne leki. 

 Ciemność to wnętrze wielkiego dzbana, a ja leżę na jego dnie.  

Komentarze

Popularne posty z tego bloga